Festiwal o smaku powideł

W tym roku amatorzy powideł olenderskich przybyli tłumnie VI Festiwal Powideł Olenderskich Olenderfest w Przejmie. Było ich znaczne więcej niż w minionych latach. Organizatorzy nie spodziewali się aż takiej frekwencji. Jak zaznaczył Andrzej Ciołkowski, pomysłodawca festiwalu, to największa jak dotąd impreza w sześcioletniej historii Olenderfestu. 

Do prowadzonego przez Andrzeja i Tomasza Ciołkowskich Gospodarstwa Agroturystycznego „Pod Jastrzębcem” w Przejmie, co roku od 6 lat zjeżdżali licznie goście, aby zobaczyć, jak przed niemal 100 laty warzono olenderskie powidła z buraka cukrowego. Dodatkowo przy tej okazji odbywała się prezentacja innych potraw tej zapomnianej społeczności. Olendrowie już bowiem od prawie stulecia nie mieszkają na terenie Mazowsza, ale pozostawili mieszkańcom tych terenów swoje umiejętności rękodzielnicze i kulinarne.

Zachować tradycję

Andrzej Ciołkowski wpadł na pomysł, by to nieco już zapomniane dziedzictwo uchronić od zaniku i co roku lansować zarówno powidła buraczane, jak i potrawy, czy inne rzemiosło – choćby wyplatanie łozinowych płotów.

Na przybyłych na Festiwal gości czekały więc prezentacje tradycyjnych rzemiosł, występy kapel ludowych, ale przede wszystkim wspólne gotowanie powideł z buraków cukrowych.

­– Na festiwalu chcieliśmy pokazać najstarszą metodę produkcji powideł, które zdobywają sobie coraz szersze grono smakoszy. Przygotowanie tego smakołyku jest długie i pracochłonne. Najpierw trzeba wykopać specjalny dół, czyli kotlinę i właśnie w niej zaczyna się gotowanie powideł. Warto dodać, że do produkcji używa się samego soku. To bardzo długo trwa, bo sok musi zgęstnieć – mówi Tomasz Ciołkowski.

Sporo osób interesowało się tym, jak powstawały konfitury. Pokaz, który jak zwykle prowadził Tomasz Ciołkowski, cieszył się ogromnym zainteresowaniem. Tuż obok można było nabyć słoiczki z gotowym produktem oraz sok z buraka cukrowego. Ten ostatni zdobywa laury w konkursie na Smaki Mazowsza. Były też tradycyjne potrawy olenderskie, jak siakie fuszer, szwobe klycke, siulte uore.

Dla ciała i ducha

– Chcemy zaprezentować różne potrawy, z którymi na pewno nikt nie spotka się w restauracjach, bo to lokalna tradycja, która nieco zanika. Chcemy ją jednak ocalić. Są to potrawy, na które receptury zdobyliśmy, współpracując z Muzeum Mazowieckim  w Płocku, ale też przepisy z Mazowieckiego Szlaku Tradycji. Od bieżącego roku nasz festiwal jest wpisany jako przedsięwzięcie na Mazowieckim Szlaku Tradycji. Powidła wpisane były już przed czterema laty, ale w tym roku w rejestrze jest też nasz festiwal – dodał Andrzej Ciołkowski.

Nie zabrakło oczywiście tradycyjnego rzemiosła, m.in. grodzenia płotów, wyplatania koszy wiklinowych, wyciskania oleju na dawnej prasie, garncarzy, kowali, tkaczy oraz lokalnych browarników. Były też smakołyki przygotowane przez panie z kół gospodyń wiejskich z terenu gminy Iłów. Zaprezentowano m.in. uszy sołtysa, czyli ciasto przypominające faworki, laureata z I Festiwalu KGW w Iłowie.

Tradycyjnie zagrały kapele ludowe. W tym roku były występy wielu zespołów. Do tej skocznej, wesołej muzyki można było pląsać. Ci, którym nie starczyło miejsca na dechach, tańczyli tuż obok. Zabawa trwała niemal do świtu.

Bogumiła Nowak

Fot. Andrzej Dragan, Janusz Szostak

 

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*