PODWÓRKO MOJEGO DZIECIŃSTWA

Kto z was pamięta jeszcze melancholijny Sochaczew lat sześćdziesiątych, gdy na ulicach były kocie łby ale nie było lamp. Te ponure, pożydowskie kamienice, pozbawione sanitariatów i wody, ze smutnymi podwórkami, na których wielu z nas rozpoczęło swoją podróż po życiu.

Wspomnijcie te małe sklepiki, jak: spożywczy Głuchowskiej,   z zabawkami Kobka, z częściami do rowerów Lachowicza, drogerię Kitkowskich, studio fotograficzne Bakurewiczów, czapnika Raczkowskiego czy szewca Kwiatkowskiego! Kto z was pamięta dziś jeszcze smak lodów od pana Ciury, który swoją magiczną rikszą – lodówką rozwoził je po Sochaczewie. Czy zapach chleba od Gzika i smak oranżady od Buczka, zatrzymały się w waszych wspomnieniach? Czy słyszcie jeszcze stukot końskich kopyt po bruku? To dorożka – wcale nie zaczarowana, choć przecież z innego świata – nadjeżdża nią pan Podkański. Wraz z nim wraca przeszłość.

Starsi i młodsi

W latach sześćdziesiątych i nieco później, czyli w czasach, o których jest ta opowieść, „miastem” nazywano centrum Sochaczewa z ulicami Reymonta, Staszica, Traugutta, 1 Maja, Warszawską i Toruńską. Teren za Bzurą, to był Rozlazłów lub „Praga”, z którą nieustannie ścierało się „miasto”. Podobnie, jak z „barakami” (ulica Długa) czy blokami wojskowymi. Wtedy Chodaków to była dla mnie niemal inna galaktyka.

Naturalnym początkiem mojej drogi przez świat, było podwórko przy ulicy Reymonta 18. Tam z innymi chłopcami podpatrywaliśmy starszą ferajnę, z czasem stając się jej częścią. Starszyzna z podwórka to byli bracia Andrzej i Stefan Wągroccy zwani „Węgorzami”, mój starszy brat Waldek, Andrzej i Jurek Szadkowscy, Kazik Woch, Janek i Heniek Świątkowie, Paweł Orych, bracia Janiszewscy: Kazik, Marian, Wiesiek zwani „Janisiami”. Młodsi ich bracia Krzysiek i Janusz byli w naszej paczce małolatów, podobnie jak Wojtek Kaliszewski, mój brat Jurek, Wiesiek i Michał Orych czy nieżyjący już, rudowłosy Krzysio Mazur. Ten ostatni, był wyjątkowo ruchliwym chłopcem. Dziś pewnie tą jego nadpobudliwość sklasyfikowano by jako ADHD. Wówczas uchodził za wyjątkowego urwisa, któremu zdarzało się między innymi wejść do kamionkowej rury i utkwić tam na amen. Trzeba był tłuc kamionkę, aby wydobyć nieszczęśnika. Innym razem gonił go po dachu pobliskiej masarni Kazik Woch. Na dachu było uchylone okienko od chłodni, przez które Krzysiek wpadł do środka. Spędził wówczas w chłodni kilka godzin. Ulubionym zajęciem Krzysia Mazura było wchodzenie na dachy, rozbieranie kominów i wrzucanie cegieł do ich środka. Ojciec Krzysia, to była dość mroczna postać, był sekretarzem powiatowym PZPR a wcześniej ponoć politrukiem w wojsku. W każdym razie miał w domu mundur oraz broń i ten ojcowski pistolet Krzysio wyniósł kiedyś na podwórko. Na szczęście, nie doszło do strzelaniny.

Eksplozja była natomiast, gdy Jędrek Śliwiński (syn gospodarza domu) znalazł w garażu na podwórku niemiecki panzerfaust i go odpalił! W suficie garażu była wywalona ogromna dziura, a Jędrek stracił kciuk.

Pistolet (i to nie ojca, ale własny) miał wtedy Bogdan Szyperski zwany „Szyprem”, mieszkający nieopodal Szkoły Podstawowej numer 1. Bogdan dostał od… dziewczyny, której ojciec był milicjantem. Z miłości do Bogdana wyniosła broń z domu. „Szyper” wtedy nie rozstawał się także z nożem sprężynowym, co nam, małolatom w pewnym sensie imponowało. Niemal każdy – oprócz milicjantów – wiedział, że Bogdan nosi się dumnie z browningiem, w którego lufie utkwiła kula i której nie mógł on wydobyć w żaden sposób. Chociaż bardzo się starał, nawet przy pomocy znajomego tokarza usiłował ją wydobyć. Bez skutku. Po latach pistolet trafił do sochaczewskiego muzeum i spoczywa dziś na zasłużonej emeryturze w gablocie.

Jednak w tamtych czasach niemal każdy chłopak starał się mieć jakąś broń. W latach sześćdziesiątych, tylko jednego dnia, w sochaczewskim liceum milicja znalazła broń z ostrą amunicją aż u siedmiu uczniów.   W pewne przedpołudnie wyprowadzono ich ze szkoły prosto na komendę milicji. Wśród zatrzymanych nie było jednak „Szypra”, któremu wcześniej broń zarekwirowała matka. Niektórzy zadawalali   się atrapami broni. Tak jak Marian Wendkowski, który replikę potężnego colta kupił w … sklepie muzycznym na Wąskiej.

Znani i zapomniani

Ulica Reymonta w owych czasach była oazą spokoju, z natężeniem ruchu samochodowego bliskim zeru. Ten fakt sprawiał, że często nasze zabawy przenosiliśmy z podwórka właśnie na ulicę lub sąsiedni skwer. Wtedy nasze miasteczko wydawało mi się skończenie piękne i zapewne nigdy nie powiedziałbym o nim „zapyziałe”. Tak, jak onegdaj uczynił to Ryszard Bugaj, nieco już zapomniany polityk i ekonomista. Zanim jednak został znanym politykiem, mieszkał w jednej z pożydowskich kamienic na ulicy Wąskiej. Jego matka prowadziła pasmanterię na Wąskiej, zaś ojciec sklep z artykułami metalowymi przy ulicy 1 Maja. Sam Ryszard Bugaj, w owym czasie, raczej nie wyróżniał się spośród rówieśników. Był chłopcem mimozowatym, co sprawiało, że niektórzy szkolni koledzy wybrali go sobie na ofiarę. Niekiedy w jego obronie stawał Bogdan Szyperski.

W owym czasie, w pobliżu mojego podwórka nie brakowało jednak słynnych ludzi. Niewątpliwie światową sławę zdobył   Jerzy Artysz, który urodził się w Sochaczewie i przez wiele lat mieszkał na moje ulicy. Był on wybitnym śpiewakiem operowym, wygrywał liczne konkursy wokalne m.in. w Moskwie, Genewie czy Tuluzie. Był też dyrektorem artystycznym szkoły operowej w Barcelonie. Jest profesorem Wydziału Wokalnego Akademii Muzycznej w Warszawie.

Inną osobistością, bardziej w owym czasie przemawiającą do mojej wyobraźni, był ppor. Mikołaj Troicki – jeden z polskich żołnierzy Bitwy o Berlin, którzy zawiesili flagę Polski na pruskiej kolumnie zwycięstwa (Siegessäule). Polska flaga długo tam jednak nie wisiała, gdyż sowieccy żołnierze szybko rozkazali zamienić ją na flagę   radziecką. Skończyło się to ponoć awanturą z Rosjanami i przykrymi konsekwencjach dla wieszających polską flagę. Zapewne, to wydarzenie mogło mieć negatywny wpływ na dalsze losy ppor. Mikołaja Troickiego. Gdyż w PRL kariery nie zrobił, przez wiele lat mieszkał wraz z innymi lokatorami,   w pozbawionym jakichkolwiek wygód budyneczku przy ulicy Traugutta. Potem wyprowadził się do Warszawy.

Na ulicy Traugutta mieszkał też Jan Litwic – iluzjonista i brzuchomówca, któremu wielu przypisywało nadludzkie zdolności. W każdym razie był on nie tylko jarmarcznym kuglarzem, ale sztukmistrzem, który u nas dzieci wywoływał respekt wymieszany z lękiem. Niektórzy przypisywali mu wprost szarlatańskie umiejętności np. sztukę czytania ludzkich myśli. Mnie przerażał już sam jego, nieco złachmaniony, wygląd. Wiem, że jeździł pociągami, i tam – za pieniądze – pokazywał swoje sztuczki. Między innymi przebijał sobie język potężnym gwoździem albo brał od pasażerów zegarki i rozbijał je obcasem na podłodze. Po czym, z rękawa wyjmował całe. W trakcie tych pokazów, rozmawiał ze sobą brzuchem, zwracając się co chwila do siebie: „Jasiu, Jasiu …”. Dziś pan Litwic pewnie zrobiłby oszałamiającą karierę w telewizyjnych show typu „Mam talent”.

Budynek przy ulicy Reymonta 18 był 25 maja 1943 roku świadkiem egzekucji na Hermanie Vorbichlerze prześladowcy Polaków, niemieckim wicestaroście. W 2016 roku na budynku odsłonięta została tablica upamiętniająca akcję ppor. Stanisława „Kordona” Janickiego, który wykonał wyrok w imieniu sądu Polskiego Państwa Podziemnego. Jednak organizatorzy tej uroczystości nie popisali się wiedzą, gdyż umieścili tablicę obok drzwi innej klatki schodowej niż ta, w której w czasie okupacji mieszkał Vorblicher.

Od kapsli do big beatu

Dom, w którym spędziłem dzieciństwo, na tle innych sochaczewskich kamienic był – jak na owe czasy – swego rodzaju apartamentowcem. Tu przed wojną mieściła się słynna Kasa Stefczyka i Starostwo Powiatowe. Po wojnie ulokował się w nim na dobre Bank Spółdzielczy. Mieszkania były przestronne, z dużymi widnymi kuchniami, łazienkami i telefonami (nasz ówczesny numer to 456) i parkietem. Warunki bytowe, jak to się wówczas mówiło, mocno odbiegały od ówczesnego sochaczewskiego standardu – ciasny pokój, ciemna kuchnia, brak kanalizacji, ubikacja w podwórku. Jednak wtedy mało kto z nas spędzał zbyt wiele czasu w domu.

Życie koncentrowało się na podwórku i na okolicznych ulicach, które w niczym nie przypominały dzisiejszych, zatłoczonych   i zastawionych autami. Ulice Reymonta, Wąska czy 1 Maja, to były w owych czasach niemal nasze place zabaw. Na nich graliśmy w piłkę, bawiliśmy się w podchody czy też toczyliśmy bitwy z sąsiednimi podwórkami. To na nich, po ulewnych deszczach urządzaliśmy „regaty” – puszczaliśmy w strugach wody zapałki, śledząc, która szybciej spłynie. Zdarzało się także, że wodowaliśmy w ulicznych kałużach łódki z kory, które podarował nam któryś z „Węgorzy”, „Janisiów” lub „Szyper”. Po korę chodzili do lasku czerwonkowskiego, gdzie także zbierali naboje i inne niewybuchy, a potem, pod jabłonką na naszym podwórzu strugali czółna, wymyślne jachty i galeony.

Jednak, oprócz tak niewinnych zabaw, starsi koledzy mieli bardziej ryzykowne rozrywki. Kiedyś, podczas jakiegoś wieczornego wiecu na placyku pomiędzy szkołami nr 1 i nr 3, chłopcy nawrzucali do wcześniej przygotowanego ogniska, nieco amunicji znalezionej na Czerwonce. Ledwie buchnął ogień w górę a z harcerskich gardeł wyrwała się pieśń:

Płonie ognisko i szumią knieje

Drużynowy jest wśród nas

Opowiada starodawne dzieje

Bohaterski wskrzesza czas…

A tu nagle jak nie gruchnie, jak nie wybuchnie:   łubudu, pierdut, buch, bach, trzask, prask! I już po manifestacji a wieczorny capstrzyk gwałtownie się zakończył.

Popularne były też zabawy w podchody. Ukrywaliśmy się w ich trakcie niemal na terenie całego „miasta”. W czasie jednej z takich zabaw, starszemu koledze przytrafiła się pechowa przygoda. Usiłując ukryć się na podwórzu ówczesnego sądu, nieopatrznie stanął na spróchniałych deskach przykrywających szambo. Był bez szans, z trudem wyłowiono go ze śmierdzącej pułapki. Potem bardzo długo koledzy pomagali mu umyć się pod pompą na skwerze przy Placu Armii Ludowej. Na długo przylgnęło do niego niezbyt szlachetne przezwisko.

Zwykle w maju, gdy tylko rozpoczął się Wyścig Pokoju, zmienialiśmy uliczne chodniki w odrysowaną kredą trasę wyścigu. Z etapami, premiami lotnymi i metami na wyimaginowanych stadionach Warszawy, Pragi i Berlina. Wtedy w cenie były kapsle, które odgrywały role kolarzy. Każdy chciał być Szurkowskim lub przynajmniej Szozdą.

Z czasem, zamiast kapsli zacząłem zbierać tzw. pocztówki dźwiękowe. Takie niby płyty, nagrane na kawałku plastiku. Mój brat Waldek woził je na handel do NRD i przywoził stamtąd gitary Muzima. Sprzedawał je polskim zespołom, m.in. 2+1. ęłęóNiektoryz produkwoli NieNiektórzy produkowali też „pirackie” pocztówki, tłoczone na kliszach rentgenowskich. Można było również zamówić płytę pocztówkową z nagranymi życzeniami. Jakość tych nagrań była jednak fatalna, dlatego szybko przerzuciłem się na czarne krążki (przetrwały do dziś). Przyszedł też czas na koncerty z prawdziwego zdarzenia. W tym czasie mną i moimi kolegami zawładnął big beat, a wkrótce potem rock. ęłęóPamiętam, że gdy w Sochaczewie koncertowały Czerwone Gitary, to z tej okazji, w sklepie państwa Podrażków na Warszawskiej kupiłem sobie czerwone skarpetki, gdyż takie nosili muzycy tego zespołu. Koncert Czerwonych Gitar, to było niezapomniane przeżycie dla jedenastolatka. Do dziś brzmi mi w uszach refren piosenki „Co z was wyrośnie?”:

ęłęóKrzyczą chórem: Dać im burę!

Za te włosy, za te głosy, za te szatki,

Za te grzywki, za zagrywki, za prywatki,

Za gitary na dodatek elektryczne,

Za kolana nastolatek magnetyczne!

Co wyrosło z nas, dawnych kolegów i koleżanek z podwórka domu przy ulicy Reymonta 18? Czasami wolałbym nie znać odpowiedzi na to pytanie i wrócić do dziecinnych zabaw pod jabłonką.

Janusz Szostak

Fot. archiwum autora

 

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*